Kitesurfing - Learn & Progress

Spędziłam sezon kitesurfingowy 2023 na Sycylii w Lo Stagnone, we Włoszech. Od dawna słyszałam, że to najlepszy europejski spot pod freestyle. Faktycznie, laguna okazała się rajem do progresu. Uczyłam kitesurfingu na pełny etat przez prawie 8 miesięcy i przy tym zrobiłam ogromne postępy. Odblokowałam triki unhooked, które sądziłam, że są poza moimi możliwościami. To był świetny sezon.

Jako instruktorka kitesurfingu, pływanie dla siebie często schodzi na drugie miejsce. Zwykle spędzam tyle czasu na wodzie, ile tylko możliwe, bo nigdy nie wiadomo, czy będę miała czas na sesję kolejnego dnia. Nawet nie wspominając o treningach. Innym razem, niespodziewanie okazuje się, że wpada fajna sesja a ja w mentalnej rozsypce.

Będąc instruktorką kitesurfingu postęp jest możliwy, ale wymaga solidnej dawki samodyscypliny i motywacji.

Kiedy Trudności Stają się Inspiracją.

Miałam problem z zachowaniem konsekwencji i jasnego celu dla każdej sesji. Trudno było mi wrócić do treningu tam, gdzie skończyłam. Często traciłam rachubę w postępie trików, nad którymi pracjuję. Jeździłam bez precyzyjnego planu. To także bardzo istotne. Moje sesje dawały dużo frajdy, ale ja uwielbiam trochę więcej wyzwań.

Starałam się być nastawiona na postęp, ale jednocześnie pamiętałam, aby jak najwięcej się bawić. Parokrotnie frustracja mnie dopadała, bo czułam, że marnuję sesję tylko dlatego, że moja głowa jest gdzie indziej. Nie zrozum mnie źle, to było zabawne, ale jednocześnie wiedziałam, że mogłoby być o wiele lepiej, gdyby tylko...

Z tego powodu, zaczęłam robić notatki przed wyjściem na spot, aby wiedzieć, na co się nastawić, gdyby udało mi się znaleźć czas na sesję dla siebie. To ewoluowało w tworzenie ogólnego planu na nadchodzący tydzień. Następną rzeczą, która przyszła naturalnie, było ustawienie celów i zaplanowanie ścieżek postępu dla każdego triku.

Kiedy odkryłam Amazon KDP, przyszło mi do głowy - dlaczego nie stworzyć dziennika na moje notatki, dedykowanej książki, która zastąpiłaby kawałki papieru i losowe notatniki. Czegoś dedykowanego do monitorowania postępu w kitesurfingu. Tak powstał KSP. 

Gdy zaczęłam go używać w Kenii, stało się jasne, że potrzebował drobnej aktualizacji. Obecna wersja to drugie wydanie.

Kitesurfing Dziennik Progresu

Sposób progresowania w kitesurfingu nie różni się od progresowania w żadnej innej dyscyplinie sportu. Kluczową zasadą jest stawianie sobie wyzwań. Wielokrotnie idąc na wodę z konkretnym trickiem w głowie, gdzię w emocjach sesji, ekscytacji, a czasem zwykłego tłoku na wodzie, łatwo stracić koncentrację.

Tu nieocenionym pomocnikiem może okazać się prowadzony dziennik. Ma on dwojaki cel: przed sesją pomaga utrzymać skupienie i przygotować ciało. Po sesji dostarcza strukturalnej platformy do solidnej analizy, uzupełnionej pytaniami i podpowiedziami.

Projekt i układ dziennika skupiają twoją uwagę na sesji, wspomagając koncentrację. Znajdziesz w nim pola do uzuepłnienia, pytania - podpowiedzi, wskazówki przygotwania, i techniki progresu, które zwiększają twoje skupienie i skuteczność na wodzie.

Kluczowe cechy:

Zawartość:

Istota postępu polega na stawianiu sobie wyzwań. Postęp w kitesurfingu to nie tylko opanowywanie nowych trików; to także rozwijanie się, wytrwałość i czerpanie radości z tego niesamowitego sportu. Nauka i samo doskonalenie to drogi do jeszcze większej frajdy za każdym razem, gdy wchodzisz na wodę.

W dzienniku, oprócz części, którą wypełniasz, umieściłam sekcję z poradami i technikami, które pomogą Ci w postępie.

Dlaczego Warto Zapisywać w Dzienniku?

Śledzenie własnego rozwoju związanego z sesjami kitesurfingowymi w tym dedykowanym dzienniku pełni kilka funkcji. Pomaga w zachowaniu skupienia i przygotowaniu psychicznym, ułatwia analizę i naukę, zapewnia spójność w twoim rozwoju i ostatecznie zwiększa radość, jaką czerpiesz z pływania.

Moje Doświadczenia.

Odkąd zaczęłam go używać, nigdy nie czułam, że przegapiłam szansę, aby zrobić choć niewielki progress. Za każdym razem, gdy zapisuję swoje notatki po sesji, mam już pomysły na kolejną - które od razu zapisuję. Powstaje fajne flow. Nic nie ucieka. Nie tracę pomysłów - trzymam je świeże i żywe. Jeśli między moimi sesjami upłynie trochę czasu, zawsze wracam dokładnie tam, gdzie skończyłam.. 

Zdobądź Swoją Kopię!

30 Sesji Wesja PL

60 Sesji Wersja PL

Co myślisz o pomysle?

Czy kupisz dziennik KSP i wypróbujesz go?

Jeśli tak, pamiętaj, aby zostawić recenzję na Amazonie!!

Jeśli byłabyś zainteresowana wersją niestandardową, daj mi znać! Jestem otwarta na współpracę.

Niech wiatr będzie z Tobą!

Karo

Kitesurfing Dziennik Progresu - Twoje Narzędzie do Rozwoju!
"Kitesurfingo Dziennik Progresu" czeka na Ciebie! Twoja oferta dla zaawansowanych właśnie się rozszerzyła! 🌊🏄

Kitesurfing Dziennik Progresu

Kto pisze?

Mam na imię Karolina. Jestem instruktorką kitesurfingu, trenerką personalną i twórcą cyfrowym.

Z czym?

Przedstawiam notatnik „Kitesurfing Dziennik Progresu” mojego autorstwa. Skierowany jest do wszystkich kitesurferów, a w szczególności tych, krórzy chcą w zorganizowany sposób przyspieszyć swój rozwój.

Dla mnie?

Dla Ciebie jako prowadzące_ Pro Campy i zajęcia zaawansowane, publikacja ta, jest pomocnym narzędziem pracy z podopiecznymi oraz suplementem Twojej oferty.

Twoja oferta dla zaawansowanych właśnie się rozszeżyła!

Forma?

To kompaktowy notatnik z sesji, który wrzucasz do plecaka, bez potrzeby zakładania konta. Wpisy dotyczące sesji podzielone zostały na strony A i B - odpowiednio „przed i po” sesji. Co 5 wpisów - arkusz ewaluacji, podsumowanie całości, dużo miejsca na notatki. Wszystko to zgrabnie zamknięte w 2 wersjach, na 30 i 60 sesji.

Personalizacja

Istnieje możliwość stworzenia wersji ze spersonalizowaną okładką lub zmodyfikowanym wnętrzem, dostosowanym do Twoich potrzeb.

Zainteresowane_?

Kopia testowa czy może od razu cały nakład? Wszsytko jest do ustalenia.

Darmowy egzemplarz

Zamów książkę w wersji, w jakiej Cię interesuje i napisz recenzję na Amazon. Kiedy recenzja będzie opublikowana, zwrócę Ci koszt zakupu.

Jestem otwarta..

Na sugestie i komentarze.

Zapraszam do współpracy, zachęcam do użytkowania!
Niech wiatr będzie z Tobą!


Karolina „Karo” Ankiewicz

Designed by KaroCreative | Visit karocreative.pl for more


Witam w recenzji Paracas w Peru, jednego z najpiękniejszych i najbardziej przyjaznych miejsc do kitesurfingu na świecie. W tym artykule zabiorę Cię w podróż mającą na celu odkrycie tego niesamowitego miejsca i pokażę, dlaczego jest obowiązkowym miejscem dla każdego miłośnika kitesurfingu.

Lokalizacja

Paracas położone jest około 250 km na południe od Limy i słynie z szerokiej piaszczystej plaży oraz stałego wiatru termicznego.

Spot leży na granicy Rezerwatu Przyrody i oferuje warunki przyjazne dla początkujących. W zatoce Paracas nie ma przyboju ani prądów, jest za to dużo miejsca na plaży i wystarczająco dużo płytkiej wody. Płytkiej, tj. do pasa i sięga aż 50–80 m w głąb zatoki! Pływy są zauważalne, ale miejsce to nie jest od nich zależne. Jedyną niedogodnością mogą być meduzy, które podążając swoim własnym cyklem, czasami pojawiają się w dużych ilościach. W czasie naszego pobytu temperatury były bardzo przyjazne. W listopadzie wynosiły od 15-20°C, a im bliżej peruwiańskiego lata, tym było cieplej. Nigdy jednak nie było nieznośnie, co jest cenne. Słońce za to praży bardzo skutecznie. Ważna uwaga: woda jest zimna, więc długa pianka jest niezbędna!

Wiatr 

Wiatr wieje przeważnie cross off-shore lub side-shore. Sezon wiatrowy trwa od października do kwietnia, wieje wtedy z południa i południowego-zachodu, ze średnią prędkością 16–25 węzłów przez około 90% dni. Od maja do września, czyli w sezonie niskim, szansa na złapanie wiatru spada do 50%-60% dni.

Wiatr w Paracas jest efektem termicznym, wynikającym z różnicy temperatur pomiędzy gorącym powietrzem nad pustynią a zimnym powietrzem nad oceanem. Standardowy letni dzień zaczyna się od delikatnej północno-wschodniej bryzy, która zmienia się na południowy zachód. Następnie wiatr stopniowo się wzmaga, osiągając maksimum między 14:00 a 16:00, ze średnią prędkością 17–23 węzłów. Popołudnia są zazwyczaj bardziej porywiste. Wiatr stabilizuje się i słabnie późnym popołudniem, często utrzymując się aż do nocy. Chociaż Windguru nie jest tutaj dokładny, jeśli poranek jest pochmurny i towarzyszy mu północna bryza, to wiatr może wejść później w ciągu dnia.

Dla mnie, przy wadze około 60 kg, cały dzień na wodzie wyglądałby tak: pierwsza sesja 11m, później przesiadka na 8m, sesja o zachodzie słońca znów 11m.

Opcje

Dla miłośników fal obowiązkową wycieczką jest rezerwat. Na tę wyprawę polecam KangarooKite - znają tam wszystkie miejsca jak własną kieszeń. Na terenie rezerwatu znajduje się wiele spotów o zróżnicowanych warunkach – kilka doskonałych spotów z falami oraz Laguna Grande z płaską wodą - jak masełko. W zależności od prognozy i gustu, rezerwat to niekończąca się fala lub plac zabaw freestyle.

Na spocie w Paracas woda jest płask-awa, w stronę czopowata. Im silniejszy jest wiatr, tym bardziej wzburzona jest zatoka. Freestyle wchodzi zaraz pod szkołką, aby znaleźć "masełkowy flat", trzeba popłynąć na drugą stronę zatoki lub zrobić wspomniany trip na Laguna Grande w rezerwacie.

Ponieważ zatoka po kilkudziesięciu metrach robi się głębsza, miejsce to jest bardzo dobre pod foila i winga. KangarooKite oferuje usługę rescue z użyciem skutera wodnego, który wykorzystują także do nauki wing foila, co zwiększa skuteczność lekcji. Po pobycie w Peru wingfoiling zajmuje szczególne miejsce w moim sercu.

Szkoła kitesurfing

Spędziłam trzy i pół miesiąca w Paracas jako instruktorka freelancer w szkole KangarooKite School, prowadzonej przez niesamowitych Agos i Juana. To był niesamowity czas. Kangaroo oferuje lekcje kite, foil i winga na każdym poziomie, wypożyczalnię sprzętu oraz przechowalnię sprzętu. Pakiet obejmuje kompresor i prysznice, pełny serwis. Miejsce to tworzone jest przez wspaniałych ludzi, a tamtejsza przyjazna społeczność emigrantów przyczynia się do fantastycznej atmosfery w Kangaroo i na spocie!

Inne atrakcje

Oprócz kitesurfingu Paracas oferuje wiele alternatywnych zajęć. Po pierwsze - surfing. Przez co najmniej połowę mojego pobytu cała załoga łapała poranne fale w rezerwacie. Tam też postawiłam swoje pierwsze kroki w surfowaniu! Kiedy wiatr nie sprzyja – choć zdarza się to rzadko – istnieje wiele możliwości, od rejsów łodzią na pobliskie wyspy w celu zwiedzania Rezerwatu Przyrody, sandboardingu w oazie lub wypraw quadem/rowerem. Ciekawostka - Paracas to jedno z miejsc na Ziemi, gdzie odnaleziono wydłużone czaszki. Warto odwiedzić Museo Histórico De Paracas i Museo de Sitio Julio C. Tello de Paracas, aby poszerzyć swoją wiedzę na temat starożytnej historii tego miejsca. Podczas naszego długiego pobytu wycieczki do Pisco, pobliskiego miasteczka z tętniącym życiem targiem i sklepami, były koniecznością, oferując od czasu do czasu zmianę scenerii.

Miejscowość

Istnieje wiele opcji zakwaterowania, w zależności od budżetu i wymagań, do wyboru do koloru. Od hoteli na samym spocie, luksusowych willi nad brzegiem zatoki Paracas, po bardziej przystępne cenowo (ba, nawet tanie!) opcje w samym mieście. Moto - taxi na na spot kosztuje mniej niż 1 dolar. W przypadku dłuższych pobytów warto rozważyć alternatywne metody dojazdu. Przypominam, że Paracas leży na pustyni; cała zieleń jest sadzona i uprawiana przez ludzi. Oprócz bezdomnych psów, dzikiej przyrody jest niewiele. Jeśli szukasz nocnego życia, Waiki w niektóre dni i KOKO w nocy to dwa wyróżnienia. Samo Paracas ma wyluzowany i slow-life klimat. Paracas jest bardzo łatwo dostępne i z naszego doświadczenia wynika, że jest całkiem bezpieczne. To miejsce jest idealne dla tych, którzy szukają stałego wiatru, nie zważając na pobyt na pustyni, nie mają nic przeciwko omijaniu od czasu do czasu meduz, ale codziennie chcą móc pływać, dużo pływać a przy tym nie zbankrutować.

Subiektywna perspektywa

Spędziłyśmy w Paracas łącznie 3,5 miesiąca. W połowie grudnia 2022 miał miejsce kryzys polityczny, a napływ turystów znacząco się zmniejszył. Podróżowanie było możliwe, ale ryzykowne ze względu na blokady dróg. Istniało realne zagrożenie, że mogłybyśmy utknąć na odludziu w autobusie, bez dostępu do wody i innych potrzebnych rzeczy. Postanowiłyśmy nie podejmować tego ryzyka i pozostać w mieście. Lockdown 2.0 wersja light. W tym czasie nie pojechałam na spot około 10 razy. Pięć z tych dni nie było wiatru, a pozostałe uznałyśmy, że ważniejszy jest odpoczynek. Możliwe też, że wiał Paracas, pustynna burza wiatrowa, gdy potrafi wiać z prędkością przekraczającą 40 węzłów. Uważam to za imponującą statystykę dotyczącą wiatru!

To jest pustynia i trzeba to zrozumieć. Spotyka się tu ptaki, flamingi, lwy morskie i inne zwierzęta, ale przede wszystkim jest dużo meduz, psów i karaluchów. Miasto jest spokojne, ludzie są powolni, a atmosfera jest żywa tylko w kilku miejscach, przeważnie jest senna. Ci, którzy odwiedzają Paracas, są najbardziej pełni energii. Podczas naszego pobytu Paracas było jednym wielkim placem budowy, więc było głośno przez całą dobę. Jeśli szukasz ciszy i spokoju, lepiej udać się do rezerwatu. Stołowałyśmy się głównie w lokalnych barach i miejscach z ulicznym jedzeniem, i to było więcej niż zadowalające. Stosunek jakości do ceny był rewelacyjny. W Paracas jest mnóstwo turystycznych restauracji na bulwarze, i choć wszyscy mówią, że jedzenie tam jest świetne, to zależy to od twoich standardów. My próbowałyśmy zarówno dań w lokalach lokalnych, jak i w "fancy" restauracjach, i jedzenie serwowane przez miejscowych zdecydowanie wygrywało.

Jeśli masz jakieś pytania lub uwagi dotyczące kitesurfingu w Paracas, podziel się nimi w sekcji komentarzy poniżej.

Niech wiatr będzie z Tobą.

Diani Beach, położona na południowo-wschodnim wybrzeżu Afryki, znajduje się na północny zachód od Madagaskaru. Linia brzegowa tej części wybrzeża Kenii ułożona jest prawie w kierunku południowo-zachodnim, co daje bez względu na porę roku, świetny kierunek wiatru side-onshore.

Jak tu dotrzeć?

Podróż z Mombasy na Diani Beach zajmuje około godziny. Z Mombasy trzeba złapać prom, dlatego rzeczywisty czas podróży może się różnić od średniego. Do Kenii można przylecieć bezpośrednio do Mombasy. Loty czarterowe z Polski są dostępne prawie co tydzień. Alternatywnie można polecieć do Nairobi, a następnie lotem krajowym do Mombasy. Ta opcja jest dość wygodna i niedroga, zwłaszcza jeśli rezerwuje się loty w ostatniej chwili.

Na miejscu

Diani Beach otoczona jest rafą. Na wysokości szkoły Kitemotion (ten w Soul Breeze Resort) rafa znajduje się około 1,5 km od brzegu, co stwarza zależne od pływów warunki podobne do jeziora. Znajdziesz tu szeroką piaszczystą plażę, piękne palmy, spokojne kurorty oraz różnorodną florę i faunę.

Miejsce to jest szczególnie przyjazne dla początkujących, bez przyboju, bez silnych prądów, z dużą ilością miejsca na plaży i z płytka, jak i głęboką wodą. Wiatr jest stały. Miłośnicy fal znajdą doskonałe warunki na rafie, natomiast miłośnicy freestyle'u mogą cieszyć się płaską jak masło wodą na sandbanku oraz warunkami na całym spocie, który przez większość czasu oscyluje między płaskim a lekkim czopem.

Alternatywne aktywności

Jeśli wiatr nie wieje, można cieszyć się wieloma innymi zajęciami. Wyjazd na safari to jedna z nich, żeby nie powidzieć, obiwązkowa. Kolejno też można wybrać się na snorkeling, nurkowanie, wizytę na siłowni lub po prostu relaks. Kitemotion z siedzibą w SoulBreeze Resort oferuje sportową atmosferę z zajęciami takimi jak siatkówka, tenis i “małpia siłownia”. „Pole” (powoli, po suahili) nie jest tutaj tylko pustym frazesem.

Szczegóły:

Zimą jest to raczej spot na większe latawce (moim podstawowym latawcem był 11m GTS5 firmy Core) i doskonały spot na foila. Kiedy tam byłam, nie byłam jeszcze entuzjastką wing foila, ale teraz, wiedząc, że wybieram się tam ponownie, nie mogę się doczekać lewitacji z wingiem!

Standardowy dzień

Statystycznie rozwiewa się zwykle około 10-12 rano, czas świetny na foil. Około 14 można spodziewać sie przesiadki twin tip lub mniejszy latawiec. Wiatr utrzymuje się aż do zmroku, a jego siła jest związana z przypływami; wchodzi wraz z wodą. Słoneczne dni zazwyczaj przynoszą silniejsze wiatry niż wskazuje Windguru, podczas gdy chmury mogą sygnalizować słabszy wiatr. Pływy mogą tutaj osiągać maksymalnie 3-metrową amplitudę.

Kitemotion.pl

Spędziłam trzy miesiące będąc instruktorką w Kitemotion.pl. Mają doskonałą infrastrukturę do lekcji, wynajmu sprzętu, przechowywania. Jako jedyna szkoła oferują usługę “rescue”. Wszystko to jest dogodnie zlokalizowane na miejscu. Zakwaterowanie jest albo na miejscu, albo w odległości 5 minut spacerem lub przejażdżki tuk-tukiem/motorem, w zależności od preferencji. Plaża jest jak z pocztówki, piękna i szeroka, zapewniając dużo miejsca na rozłożenie sprzętu. W szczycie sezonu bez problemu można znaleźć miejsce do pływania tylko dla siebie. Dla entuzjastów jazdy na falach, polecam rozważenie zabrania ze sobą przyjaciela. Do fal trzeba dopłynąć na rafę, a ta jest dość daleko, od brzegu i bezpieczniej jest mieć tam towarzystwo, na wszelki wypadek.

Mam nadzieję, że film Ci się spodobał i „Lubię to” jest kliknięte. Nie zapomnij zasubskrybować mojego kanału YouTube, by być na bieżąco.

P.S.

Materiał ten został nagrany na początku 2022 roku. Po 2-letniej przerwie postanowiłam pojechać na Diani jeszcze raz. Jest coś magicznego w tym miejscu, co mnie przyciąga. Jest ono żywe, tak zielone, tak smaczne i ma wszystko, czego potrzebuję, aby progressować swoje pływanie i uczyć kitesurfingu w dobrych warunkach. Są tam też najweselsze cukrówki na świecie! Sprawdź to!

Jeśli chcesz więcej szczegółów na temat życia codziennego, polecam post Asante sana na lekcji o tyczce w Kenii!.

Może się tam spotkamy?

Gdziekolwiek i kiedykolwiek się spotkamy, niech wiatr będzie z tobą!

Na mapie.

Lo Stagnone to duża laguna położona na zachodnim wybrzeżu Sycylii. 5 minut na południe od lotniska Trapani, 1h jazdy od Palermo, a Marsala to najbliższe większe miasto w okolicy. Laguna jest płytka a woda w niej płaska. Głębokość waha się od “do kostek” do około 2 m. Jest otwarta na morze w zaledwie dwóch punktach. Patrząc na jej położenie geograficzne północ-południe, większość kierunków wiatru w tym regionie działa tu bardzo dobrze. Niektórzy twierdzą, że wietrznie jest tu przez 300 dni w roku…

Kilka statystyk.

Wygląda na to, że przez ponad 90% dni w roku wieje wiatr, a 3 bft wystarczy, aby rozpocząć naukę. Od 3bft startują foile, a głębsze miejsca też znajdziecie na tym akwenie, lub zaraz obok na otwartym morzu.

Oba wykresy można łatwo znaleźć w Internecie: statystyki windguru i dane miernika Holfuy. Ponadto oba oparte są na rzeczywistych pomiarach dokonywanych przez stacje pogodowe.

Lo Stagnone to nie jedyny spot w okolicy wart odwiedzenia. Jeśli więc kierunek wiatru to W, to idealna okazja na wypad na Capo Feto lub Puzziteddu, jeśli wolicie podróżować na południe. Na północ od laguny Stagnone - Spiaggia di Marausa lub Trapani również mogą się sprawdzić się przy wietrze W, lub pod foil gdy wieje słabiej. Przy zachodnim wietrze laguna również działa, choć wiatr jest zwykle szkwalisty - wieje dokładnie przez Isola Grande.

Jak dostać się do Lo Stagnone?

Najłatwiej dostać się tutaj samolotem. Należy sprawdzić połączenia z lotniskami w Trapani i Palermo. Autobus z lotniska w Palermo na lotnisko w Trapani kosztuje około 9 €. Z lotniska w Trapani możesz skorzystać z taksówki lub transferu szkoły kite, taksówki czy podwózki przyjaciela. To 10 minut jazdy. Jeśli posiadasz budżet, polecam wynajem samochodu.

Co z zakwaterowaniem?

Większość szkół kite i kite-houseów oferuje opcje noclegowe w odległości krótkiego spaceru od spotu lub w nieco dalej, w spokojniejszej okolicy z transferem do spotu. Miasta San Leonardo i Birgi są najbliżej samej laguny i to byłyby najlepsze opcje, jeśli masz ochotę znaleźć coś we własnym zakresie. Główną zaletą nie nocowania blisko spotu jest po prostu cisza i spokój. Wokół laguny znajduje się wiele restauracji i barów, aw sezonie, czyli od maja do września, bywa dość głośno. W tym temacie jednak, co kto woli.

Na spocie.

Jeśli spojrzysz na mapę, cały północno-wschodni brzeg laguny jest pokryty szkołami kite. Jest ich bardzo wiele. Tylko nieliczne z nich mają bardziej zaawansowane udogodnienia, takie jak toaleta, prysznic czy schowek w budynku. Duża część to szkoły typu „pop-up”, dzierżawiące kawałek ziemi pod samochody, furgonetkę lub autobus przekształcony w magazyn i szkołę. Tu także, co kto woli i gdzie będzie mu wygodnie. W północnej części Lo Stagnone znajduje się miejsce zwane „free spot”, miejsce o ogólnej dostępności. Reszta brzegu jest zwykle zajęta przez szkoły i dostępna dla ich gości i uczniów. Woda jest płytka. Dno jest piaszczyste lub muliste. Ten muł jest sławny. Może wessać twoją nogę aż nad kolana… a nawet bardziej. To kwestia poznania topografii miejsca. Jeśli wybierzesz mądrze, nigdy nie będziesz musiał doświadczać błotnistych części. W wodzie są glony i inne wodorosty, na które można być uczulonym. Należę do szczęśliwców, którzy są na nie odporni. Jeśli okaże się, że Ty nie jesteś, to para legginsów i być może buty skarpetki neoprenowe wystarczą, aby chronić skórę. Przed (marzec/kwiecień) lub po (październik/listopad) szczycie sezonu, używamy długich pianek (4/3) i problem sam się rozwiązuje. Lato bez pianek.

Początkujący.

Jest to płytka laguna, brak przyboju, fal i prądów sprawiają, że miejsce to jest bardzo przyjazne dla początkujących. Spoty wzdłuż wschodniego brzegu laguny są bezpieczne. Nawet w szkołach o mniejszej powierzchni startowej znajdziesz pomoc w tej kwestii. Nic dziwnego, że Lo Stagnone jest uważane za jedno z najłatwiejszych miejsc w Europie, gdzie można nauczyć się kitesurfingu. Płaska woda, ciepły klimat, włoskie jedzenie i fantastyczna atmosfera kitesurfingowa - czego chcieć więcej? 

Fale.

Miłośnicy fal będą musieli szukać fal na okolicznych spotach. Jak już wspomniałam, miejsca obok Lo Stagnone istnieją! Czas na fale na Sycylii to wiosna i jesień.

Freestyle.

Warunki z wodą od płaskiej do lustrzanie płaskiej sprawiają, że jest to raj dla freestyle'u. Latem wiatr jest przeważnie termiczny (i słabszy) i idealnie nadaje się do szlifowania trików. Nie zrozumcie mnie źle, wiosna i jesień też są świetne! A nawet lepsze wiatrowo. Po prostu wiatr może być znacznie silniejszy i skusić na dorzucenie do miksu odrobiny big air!   

Przegląd:

Lokalizacja:
Region Trapani/Marsala, zachodnie wybrzeże Sycylii, Morze Śródziemne
Bezpieczeństwo:
bardzo bezpiecznie, wiatr przeważnie sideshore (północny lub południowy), rescue na miejscu - nie potrzebny, zagrożenie: glony wywołujące u niektórych uczulenie 

Wiatr:

Marzec - Czerwiec
12 - 30 węzłów i więcej, mocniejszy niż latem, różne kierunki: S, SW, W, NW, N

Czerwiec - Wrzesień
8-20 węzłów, termiczny, stabilny, zaczyna się wzmagać od południa i zwykle silniejszy po południu, kierunki: W, WN, N,

Wrzesień - Listopad
12 - powyżej 30knt podobne jak wiosną, mocniejszy niż latem, różne kierunki: S, SW, W, NW, N. 

Kilka słów o najbardziej popularnych tu kierunkach wiatru:

Północ - wieje głównie latem, stabilny termiczniy wiatr, prognoza wiatru północnego i bezchmurne niebo to prawie 100% gwarancja dobrej sesji na płaskiej wodzie,
Południe - wieje głównie wiosną i jesienią, silniejszy do ponad 30 węzłów, potrafi zaskoczyć swoją siłą w dzień słoneczny, a szkwalistością w dzień pochmurny,
Zachód - tutaj bez niespodzianek, trafność prognozy jest tutaj dobra i zwykle jest silniejszy wiosną i jesienią, niż latem.

Lo Stagnone to miejsce na „duże latawce”, zwłaszcza latem.
Lo Stagnone bywa zatłoczone, jeżeli chodzi o szczyt sezonu i rejon szkoleń. Sama laguna jest bardzo duża i każdy znajdzie miejsce dla siebie. Bez obaw.

Inne aktywności.

Jeśli zdecydujesz się przyjechać na tydzień, a nie będzie wiatru, każdego dnia znajdziesz atrakcje. Niektóre szkoły oferują zorganizowane zajęcia, szczególnie w przypadku braku wiatru. Jeśli przyjedziesz na dwa tygodnie, nie będziesz dysponował samochodem i nie będzie wiatru, możesz się trochę nudzić. Szanse na to są jednak dość niskie.

Przykłady bezwietrznych propozycji (kolejność losowa):

To lista tego co przychodzi mi do głowy “z miejsca”. Nawet jeśli jest wietrznie, przynajmniej spróbuj kilku z nich!

Rekomendacje! 

Spędziłam 3 miesiące na Sycylii i nie mogę się doczekać powrotu tam na cały następny rok. Współpracuję ze szkołą Follow The Wind. To bardzo przyjazne miejsce, świetna szkoła prowadzona przez fajną parę Gabora i Lilę. Sprzęt z najwyższej półki firmy RRD jest nowy, a wyposażenie bardzo dobre. U nas znajdziesz: lekcje na każdym poziomie - w tym coaching na poziomie zaawansowanym, wypożyczalnię, storage, miejsce na rozłożenie sprzętu,  kompresor, a przede wszystkim świetny klimat. Oprócz tego Gabor pomoże ci we wszystkim, co dotyczy twojej podróży. Począwszy od transferów lotniskowych, noclegów, a nawet wypożyczenie rowerów.

Osobiste przemyślenia.

Po zimie w Kenii w 2022 pojechaliśmy na Sycylię. To była wakacyjna rekomendacja od znajomego. Miałam 6 tygodni wolnego, a Gabor miał mieszkanie, w którym mogłyśmy zamieszkać. Przez długi czas Lo Stagnone było na mojej “bucket list”. Słyszałam wiele różnych opinii na temat tego miejsca, więc nareszcie nadarzyła się idealna okazją, aby sprawdzić je osobiście. Miałyśmy tam spędzić 5 tygodni i kiedy nadszedł czas wyjazdu nad jezioro Como po prostu nie chciałyśmy wyjeżdżać. Zakochałam się w Lo Stagnone, w tamtejszej atmosferze, w ludziach, których poznaliśmy i w samej Sycylii. W ciągu zaledwie 5 tygodni to miejsce stało się dla Nas domem.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego artykułu, masz ochotę do sprawdzenia laguny Lo Stagnone. Twoje wątpliwości zostały rozwiane i już sprawdzasz bilet do Trapani..
Jeśli masz pytania, pytaj śmiało.

Niech wiatr będzie z Tobą!

Wyjazd.

Przyleciałyśmy w ostatnim tygodniu listopada. Z Europy lata kilka linii lotniczych. Bezpośrednie loty są z Paryża i Madrytu (jesień 2022). Dla Nas, zaczynających podróż na Sycylii, oznaczało to wylot z Palermo z dwoma przesiadkami, w Rzymie i Madrycie. Wybrałyśmy Air Europa bo oni jak jedyni mieli połączenie „po całości”. Bagaż nadany w Palermo do odbioru w Limie. O to chodziło. Lecąc z dwoma board bagami bierze się pod uwagę nie tylko koszty, ale też opcje targania tego klamotu. 

W Limie czekała na Nas taksówka do Paracas. Trasę spokojnie można zrobić autobusem. Przejazd jest tańszy (circa 10€). Ale mając dwa board bagi i dwie walizki koszt przerzucenia  bagażu z lotniska na przystanek przy 2 osobach, plus autobus zbliża się do kosztu taksówki. 

Nie mogę nie wspomnieć przesiadki w Madrycie. Wylot z 23:55 przesunięty został o ponad godzinę, samolot wymieniali na sprawny, 30 osób nie wsiadło. Za sprawa tego zamieszania, miały miejsce dantejskie sceny. Nastąpiło klasyczne tłoczenie, krzyki i płacze. Nam się udało.

Miasteczko - mikrokurort.

Paracas to miejscowość rozmiaru polskiej Jastarni, a rangi kurortu. Znajduje się na pustyni. Cała roślinność pielęgnowana jest przez ludzi. Utrzymana jest przez ludzi. Tu zwyczajnie nie pada. Podobno w 2017 spadł deszcz i nastąpił paraliż. Prądu zero. Ulice płynące. Potop. Tu żyje się na zewnątrz. Patia, tarasy, ulice. Kontakty i kable na zewnątrz. Kuchnie i pralnie pod chmurką. Na ulicach masa psów. Spokojne, nie szukające zaczepek. Pańskie i bezpańskie.

Dla tych, którzy nie wiedza czego się spodziewać mam prosty komunikat. Jest tu cywilizacja. Wszystko się zgadza. Nie trzeba się martwić o brak kibla (dostałam takie pytanie, serio). Peruwiańczycy są czyści - na włoskie standardy. Śmieci są, bywa ich więcej i mniej. We wszystkim jest 30% więcej cukru niż w Europie. To widać po ludziach. Z Paracas na jakiekolwiek większe zakupy należy pojechać do Pisco. Taksa 5s lub 3s bus collectivo. Mototaxi na spot z miasteczka 3s (po dogadaniu). Nie trzeba się tu jednak targować, to nie Kenia. Można, nie trzeba. Ceny niższe niż w Europie za spożywke, pod warunkiem, ze żywimy się tym co lokalesi. Importowane produkty - stosownie kosztowne. Waluta która się tu przywozi to USD. Euro i £ nikt nie wymienia i nie chce. Do PL 1sol ~ 1pln, do euro/USD 4sol ~ 1€. My pół na pół gotujemy i jemy street food, lub w lokaleskich lokalach. Spokojnie można się najeść pod korek za 25s. Dziennie na osobę można się zmieścić jeszcze mniej. To jest super. Lokalni solą - solidnie, słodzą - solidnie, pieprzu i papryki ostrej nie szczędzą. Do wszystkiego są sosy, sosy, sosy. Im bardziej europejsko chcesz jeść, im bardziej wymyślne owoce morza, tym drożej. Tak czy inaczej, dobrze.

Kite spot w Kangaroo Kite! 

Spot w Paracas to jak pisałam wycieczka 5min mototaxi. Nad cały brzegiem zatoki są wille i hotele, za hotelami kawałek płazy ze spotem zaraz na granicy rezerwatu. Wiatr jest side off-shore. Jego siła (i kierunek) zmienia się w ciągu dnia. Z rana potrafi być N i wtedy czekamy aż się odwróci na S i wzmocni. Zwykle ten moment to jest prawdziwy moment, chwila znaczy się. Zwykle (statystka po zaledwie 3 tygodniach) rozwiewa się około południa, siła wiatru rośnie do 20-25 knt i ma swoje maksimum ok 15. Jest szkwaliście, chodzą takie „kopy” w górę. Późniejszym popołudniem wiatr słabnie i stabilizuje się. To mój czas na freestyle. Gdybym cały ten czas miała pływać byłoby 11m (1-2h) -> przesiadka na 8m i później jak siądzie powrót do 11m. To wszystko przy mojej wadze 60kg. W wodzie nie ma zagrożeń. Nie ma na co stanąć, bywa jednak błotniście. Bywają również meduzy. Może być ich dużo. Dużo tu jest wtedy, gdy patrząc w dół po skoku widzisz szachownicę biało - czerwonych meduz pod sobą, co 2m sztuka. Tyle widziałam najwięcej. Teraz.. będą rosnąć. Lokalesi mówią, że osiągają duże rozmiary (średnica powyżej 1m). Jeżeli chodzi o głębokość wody to trochę przypomina wywiewkę w Rewie przy zachodnim wietrze. Nie nazwałabym tego flatem. Jest jedno miejsce gdzie jest prawie płasko, blisko „końca spotu” gdzie wiatr się gubi i szkwali przez przeszkody wiatrowe. Dalej od brzegu czop. Naciągając mogłabym nawet to nazwać kickerami na lewą nóżkę.

Pierwsze wrażenia.

My tu jesteśmy na kitesurfing. Mam takie freelance “work and travel” w Kangaroo Kite. Do tej pory nie narzekam. W połowie grudnia miał miejsce w Peru przewrót polityczny, co niestety skutkuje obecnie drastycznym spadkiem kursantów. Media zrobiły swoje. Tu było i jest spokojnie. Oby nie trwało to zawieszenie zbyt długo. Z drugiej strony, fajnie mieć masę czasu na pływanie kite i naukę wing foila. 

Jest wietrzenie. Jest bezpiecznie. Jest tanio. Miasteczko jest spokojne. To typowe miejsce na slow-life. Po spędzeniu tu dokładnie miesiąca, jesteśmy zadowolone… i jeszcze dwa kolejne przed Nami!

Co zrobiłabym inaczej, gdybym miała drugą szansę.

Opuszczając Afrykę pływałam swobodnie we wszystkich kierunkach i zaczynałam przygodę ze zwrotami. Kontynuacja nauki miała miejsce na jeziorze Como. Pierwszy wolny dzień i pływanie na foil zaliczyłam na samym początku sezonu. Okazało się, że dużo zostało w pamięci mięśniowej. Doceniłam brak zafalowania i wiatr termiczny jak z suszarki. Od początku przyjazdu do 414kiting czekałam (czyhałam wręcz) na okazję by sprawdzić F-one Pocket. To było objawienie. W ciągu jednej sesji nabrałam pewności siebie, dużo łatwiej przychodziła kontrola prędkości, deska wydawała się bardzo stabilna i ułatwiająca rozwój. W ciągu dwóch sesji zaczęłam robić jibe oraz jibe z downloopem. Deska była szkółkowa, więc nie zawsze dyspozycyjna oraz z kompletem strapów przykręconym “standardowo”. Chwilę zajęło mi znalezienie odpowiedniego położenia masztu na desce względem tychże standardowo ustawionych strapów. Używałam tylko przednich, a stopę stawiałam na tylnym. Gdybym umieściła stopy także w tylnym strapie, stałabym nieomal w “toilet position”. Zagadnienie stance, czyli rozstawu nóg, to sprawa osobnicza. Dla mojego ludzkiego gabarytu (60kg/170cm) strapy wylądowałyby w innych położeniach. Co za tym idzie maszt mógłby być mniej wysunięty do przodu. Nadrobiłam zaległości teoretyczne związane z tematem i znalazłam złoty środek. Nareszcie moja pozycja była poprawna, obciążenie obu nóg równomierne, a deska podczas płynięcia nie ustawiona delikatnie “dziobem w górę”. Pływanie na foilu uznaję dziś za przyjemność. Kolejna dyscyplina kitesurfingowa z nieskończonymi możliwościami rozwoju

Moja relacja z foilem jest niesłychanie skomplikowana. Łącznie wypływałam około 20h. To nic w stosunku do czasu spędzonego na twin tipie lub surf. Przez cały ten czas we mnie rozgrywała się pewnego rodzaju wojna. Jednego dnia byłam totalnie zakochana w lewitacji, następnego nie mogłam nawet spojrzeć w stronę masztu i skrzydła. Wytłukłam się o wodę jak nie pamiętam kiedy. Był taki moment, w którym przerwę wymusiła obita piszczel. Z ogromną zazdrością i podziwem patrzę na foilowych wymiataczy, z gracją balerin opływających wody jeziora Como. Jestem na samym początku tej drogi i podoba mi się ona!

Czy zrobiłabym coś inaczej? Zdecydowanie tak!

Czas na wnioski. Kluczem w nauce foila jest kontrola latawca - trzeba być dość dobrze oblatanym w różnych warunkach, szczególnie tych słabo wiatrowych. Zaczynaj w wietrze minimum 13-14 węzłów. Słabowiatrowe zabawy zostaw sobie na moment, gdy już będziesz swobodnie pływać we wszystkich kierunkach. Jeżeli masz wątpliwości co do swoich umiejętności, zanim zaczniesz spróbuj przynajmniej raz pływania strapless. Możesz pójść o krok dalej i zainwestować w zabawę na e-foilu, da Ci to  podstawy uczucia lewitacji i będziesz mogł_a bardziej skupić się na latawcu. Upewnij się, że sprzęt na jakim zaczynasz jest do Ciebie dopasowany i jest sprzętem dla osoby początkującej. Nie mówię, że taki masz kupić! Jeżeli chcesz się uczyć sam, możesz sprzęt pożyczyć od znajomego, albo ze szkółki. Przygotuj się dobrze merytorycznie i psychicznie. Dużo rzeczy będzie trzeba się oduczyć i zapomnieć. Pamiętaj w foilu uczysz się kontroli skrzydła, które jest pod wodą. Deska jest tu niezwykle ważnym przekaźnikiem między Twoim ciałem a właśnie skrzydłem. Nie lekceważ podstaw jak obchodzenie się z foilem, czy bodydragi. Jeden przedni strap na desce, w bardzo luźnym ustawieniu, zupełnie wystarczy. Ma być tak luźny, że pozwala tylko na przytrzymanie deski przy starcie. Glebę na foilu można zaliczyć w różnorakich pozycjach i przy dużej prędkości, uwierz, nie chcesz wtedy mieć stopy jakkolwiek przytwierdzonej do deski (z doświadczenia!). Z kategorii bezpieczeństwo, kask i kamizelkę uznaję za obowiązkowe. Uczulam też na obecność masztu i skrzydła pod wodą - fajnie jest o tym pamiętać i nie kopnąć w niego. Wyrobiony, na okoliczność gleby, odruch “latawiec na 12 i bar do siebie” będzie gwarancją upadku z dala od deski.   

deska foil na tle góry mt lengnone, spot w miejscowosci gera lario
Mount Legnone / Gera Lario kite spot

W tej dyscyplinie rad słuchać należy. Ja myślałam, że słucham i wiem, a nie wiedziałam i byłam najbardziej zaskoczona pod słońcem, że to jednak jest w pewnym sensie nauka od podstaw. W tym sezonie obserwowałam wielu początkujących. Progres na foilu spokojnie może wyglądać tak: pierwsza sesja, opanowanie deski, taxi, pierwsze krótkie lewitacje, druga sesja: dłuższe lewitacje, pływanie we wszystkich kierunkach. Tylko dlatego, że wydawało mi się, że wiem lepiej, może nie tyle zmarnowałam, co rozwlekłam to co mogłam osiągnąć w czasie i wywrotkach. Warto poczekać na lepsze warunki. Warto przyłożyć się do personalizacji sprzętu. Warto podejść do foila z pokorą. Uczenie się na błędach, także tych nie swoich, przyspieszy progress! 

Oczywiście najlepiej i najskuteczniej jest wziąć te 2-3 pierwsze godziny jako lekcję. Jeśli to odpada, poproś kogoś, aby cię nagrał lub jeśli też pływa - dał kilka uwag. Nie ma nic lepszego niż spojrzenie z zewnątrz, z dystansu.

Do zobaczenia na wodzie! Niech wiatr będzie z Wami!

I dlaczego warto słuchać rad.

Na wstępie pragnę przyznać, że od dawna nic tak bardzo nie utarło mi nosa jak właśnie foil. Szczególnie moje pierwsze kroki w tej dyscyplinie mojego ukochanego kitesurfingu. Do rzeczy zatem. Sezon letni 2021 spędziłam nad jeziorem Como we Włoszech. Jest to bezsprzecznie raj dla “foilarzy”, szczególnie tych z rodzinami. Szkolenie z motorówki to nie szkolenie na godzinki, więc często wracając z wody było już po wiatrowych ptakach na twin tipa. Jedyne co było pewne, to to, że wiatr będzie siadać. W dniach wolnych zwiedziłam większość tutejszych spotów i niejednokrotnie “brakowało” tych 2-3 magicznych węzełków. Wiecie komu nie brakowało? Każdemu kto pływał na foilu. Co więcej, oni zaczynali dużo wcześniej i mieli przynajmniej 2h pływania więcej w stosunku do każdego kto zasadzał się na twin tipa. Widziałam gro ludzi na surfówkach, którzy chyba byli przekonani, że zrekompensują sobie te właśnie brakujące węzły. “Been there, done that” i tyle w temacie. Tak to nie działa. Napatrzyłam się i zapragnęłam w kolejnym sezonie nad Como, czy jakimkolwiek innym miejscu globu, umieć wykorzystać każdy podmuch! Wiedziałam już wtedy, że zimę spędzę w Kenii - lepiej być nie mogło pod wieloma względami.

Decyzja podjęta. Czas na działanie. Na pierwszy ogień pogaduszki z szefem, facet miliona talentów (w tym foilowy mistrz 6 węzłów) i dealer jednej z marek. On nie może się mylić! “Oczywiście Karo, kupuj docelowy maszt.” usłyszałam. Kolejno poradziłam się kumpli, posłuchałam swojego ego i zdecydowałam się na zakup zestawu z masztem 85cm. Oczywiście widziałam, że lepiej zaczynać na krótszym, chociaż 2 sesje, ale co tam, ja nie dam rady? Żeby nie było zbyt łatwo, wymyśliłam, że w podróży najlepiej sprawdzi się crossover surf-foil board. Waveówka (czy tam surfówka jak kto woli) z insertami na foila była objawieniem. Czekałam cierpliwie ponad półtora miesiąca, delektując się jesiennymi wakacjami na półwyspie. Zestaw dotarł.. 3 dni po wyjeździe z Jastarni, ale na szczęście odpowiednio przed wylotem do Kenii.

Jakież ogarnęło mnie zdziwienie, gdy zapakowałam quiver i postawiłam go na wadze. Ponad 40kg! Twin tip, dwa latawce, trapez, drobne akcesoria.. i zestaw foil. Oczy wyskoczyły mi z orbit trochę, bo jakoś wiedziałam, że “amelinium się nie pomaluje”, ale nie pomyślałam ile tego będzie. Ostatecznie latawce poleciały w walizce, a ciuchy w quiverze. Wszystko zgodnie z limitami kilogramów. Stosunek wagi ciuchy:latawce wynosił 1:3. Bardziej, niż poprawnie. 

Pierwsze skręcenie całości miało miejsce na Diani Beach. Mając świadomość jak słona woda i wilgotność mogą dać w kość sprzętowi, wszystko skręciłam używając jako smarowidła wazeliny kosmetycznej. Po 3 miesiącach rozbiórka poszła bardzo gładko, zatem patent ten polecam.

Ready, steady, go!

Pierwsze wejście na wodę z zestawem w 8-10 węzłach zaliczam do słabych pomysłów. Nie posłuchałam drugiej najważniejszej rady, czyli zaczynaj w “normalnych” warunkach wiatrowych. Foil to jest świetna zabawa słabowiatrowa, ale wymaga już dość sporych umiejętności. Przynajmniej pływania prawo lewo. “Umiem w latawiec w zenicie jak nie wieje” to trochę za mało. Odpaliłam się zaraz po zajęciach, w takim przedsezonowym momencie, gdy wiatr mocno przysiadał wieczorem. Zmieliło mnie niemiłosiernie. Wykonywałam waterstart, płynęłam jakąś 1-2 sekundy w tzw. “taxi” (czyli na desce ale bez lewitacji). Później była tylko krótka lewitacja zakończona dwojako, albo wystrzałem w powietrze, albo nabierałam za dużej prędkości i dość bolesnym upadkiem z tych 85cm. 10 węzłów może boleć. Dziękowałam losowi za wspaniałych beach boysów, którzy zlitowali się nade mną i nosili mi ten mój wymarzony “crossover”..  zestaw ciężki jak tysiąc stalowych kowadeł. Po 40 minutach, trzech czy czterech takich downwindach miałam dość.

Kolejne starcie zaplanowałam słabo taktycznie, bo poszłam między zajęciami czyli takie szybkie pół godzinki. Decyzja była podyktowana lepszym wiatrem i chęcią poprawienia się, bo takiego łomotu jak za pierwszym razem nie mogłam sobie wybaczyć. Przytemperowało mnie, ot co. Wzięłam do serca radę kolegi po fachu, który mnie obserwował za pierwszym razem, i szłam tam nauczyć się pływać dobrze w “taxi”. Prędkość okazała się niejednokrotnie nie do opanowania, zupełnie jak za pierwszym razem. Plus był taki, że 50% spektakularnych gleb zastąpiły nędzne zatrzymania, zakończone niekiedy małym hopsaskiem przed siebie do wody. Mniej widowiskowo, mniej boleśnie. Poprzednio myślałam, że jestem teoretycznie przygotowana. Teraz radę “naciskaj przednią nogę” powtarzałam w głowie jak mantrę. Nie było to jednak zupełnie to czego oczekiwałam. Wygospodarowane pół godziny nie pozbawiło mnie tchu jak tamten pierwszy raz. To był prawie sukces. Gdzieś z tego czasu został ze mną komentarz Joanny dotyczący moich poczynań. Cytuję: “Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby coś jej tak bardzo nie wychodziło.”

Przyszła pora na zastosowanie innej rady, by poprawić pozycję foila względem deski. O ile w deskach dedykowanych jest często forma pomiarki, jakieś podpowiedzi na spodzie deski, tak w moim “all in one” już nie. Z ustawienia “jakoś tak pośrodku” przeszłam “na sam tył” i za trzecim razem pyknęło. Moje lewitacje trwały już chwilę, a prędkość zaczęła mniej przerażać. Zwolniłam. Zwyczajnie gdy tylko robiło się niekomfortowo szybko mówiłam do siebie na głos “latawiec w górę, latawiec wyżej, nie ostrz tak, odpuść, odpuść”. Pomogło. Pomogło zdecydowanie coś jeszcze. Między drugim a trzecim podejściem pożyczyłam zestaw z krótkim masztem od znajomego. Chwyciłam na chwilę, po zajęciach. Tu rada “nie pływaj przepałowana” poszła do śmieci. On miał dobrze na 12m, ja miałam ogień piekielny. Nie była to totalna katastrofa, bo ten krótki maszt zwyczajnie nie był tak wysoko nad wodą i uświadomiłam sobie, że połowa moich gleb była.. ze strachu, opatrzona takim wewnętrznym “o f*** o f***” związanym tylko z tym 85cm.

Czwarte zatem podejście było przy optymalnych 13 węzłach i ustawioną pozycją masztu względem deski. Sesja ta była przełomowa, robiłam już długie lewitacje i wracałam do punktu wyjścia. Tak wiem, można zapytać jak na foilu można spływać z wiatrem. A no można, bardzo łatwo przy wywrotkach i niekontrolowanych szybkich lewitacjach (patrz wejście na wodę nr 1 i 2). Natomiast spływanie z wiatrem w lewitacji jest umiejętnością ważną i nie oczywistą wcale. Na lewym halsie zdecydowanie waterstart robiłam (i nadal zdarza mi się) zbyt na wiatr i albo od razu wchodziłam na skrzydło i w prędkość, albo był falstart. Na prawym ładny start i zatrzymanie. Byłam z siebie dumna. I już nikt nie biegał za mną po plaży. W mojej głowie nowy rozdział - mogę wyjść i wrócić. Wrócić dumna, że oto jestem w tym samym miejscu gdzie zaczęłam. Był to moment, w którym uświadomiłam sobie, jak długo niczego się nie uczyłam. Tak od zera. Czegoś nowego. Wymagającego zupełnie nowego zestawu umiejętności. W pewnym sensie trudniejszego. Tu trzeba było dużo zapomnieć, żeby się nauczyć od nowa. Nawet na przestrzeni kilku sesji, pływanie pomiędzy nimi na twin tipie powodowało, że zawsze ten pierwszy hals na foilu był trochę “od nowa”.

Jest jeszcze ostatnia sesja, którą muszę wspomnieć. Otóż nie wszystkie rady zawsze są dobre! Kolega instruktor, mający również deskę crossover (firmy na C) i pływający już od jakiegoś czasu obserwując moje poczynania rzucił leniwie “You should try without straps, then it makes senseeee”. Rok wcześniej w Rewie raz próbowałam już foila, wtedy była to jakaś deska Duotone (z 12m model E). Całkiem fajnie spędzone 40 minut późną jesienią. Tamta deska nie miała strapów! Co więcej, jak o tym wspominam, to mam wrażenie, że to 40 minut było większym progresem niż moje 3 pierwsze sesje w Kenii. Miałam zupełnie inne wyobrażenie o kontynuacji zaczętej wtedy nauki. Ochoczo odkręciłam strap (używałam tylko przedniego) i ruszyłam. W ciągu około godziny zdołałam wystartować 2 razy. Słownie, dwa razy. O ile płynięcie (jak już wystartowałam) było super “free” dla moich stóp, tak zupełnie nie czułam się “free” waląc glebę za glebą przy próbach wejścia na deskę. Różnica w wodzie między deską strapless dedykowaną do foila i deską strapless z foilem jest ogromna. Nie chodzi tu o wyporność, ta różniła się jedynie o 0,5L! Chodzi o rozłożenie tej wyporności, rozmiar i kształt tej deski. Dla mnie przytrzymanie deski do startu bez pomocy przedniego strapa (czyli przedniej stopy), w obecności fal (albo tamtejszego nieregularnego bałaganu czopu falopodobnego) było nie do zrobienia. Różnica między mną a Alamem była odpowiednio ok 25kg/30cm. Jemu szło to sprawnie, mi zabrakło sił (i techniki zapewne także).

Ciąg dalszy nastąpi..

Niech wiatr będzie z Wami!

ProlimitDuotoneKiteNinja Kite Shop
Copyright © 2026 LetGoToHaveIt. All rights reserved